Teneryfa z dzieckiem

Na nasze wakacje 2017 wybraliśmy Teneryfę. Właściwie głównym powodem były tanie bilety lotnicze 🙂 Zadziwiła nas swoją różnorodnością, tym, że w nocy spaliśmy pod 5 kocami i również tym, że na żadnej plaży nie znaleźliśmy absolutnie żadnej muszelki. Nada, nic, absolutely nothing.

Wynajęliśmy 200-letni dom położony na ok 900m n.p.m za pomocą AirBnb. Wypożyczyliśmy również auto na cały pobyt, kosztowało nas to ok 800zł wraz z paliwem. Całą wyspę można objechać w godzinę 🙂 Zdecydowanie odwiedźcie stolicę wyspy, Santa Cruz De Tenerife, pijcie kanaryjski rum i przywieźcie sobie lokalny miód (nam się to nie udało, zwlekaliśmy z kupnem aż w końcu nie mogliśmy znaleźć już nigdzie lokalnego produktu, nie liczę masówki na lotniskach).

Dajcie się zaprosić na mały reportaż gdzie byliśmy, co widzieliśmy i jak spędziliśmy nasze marcowe wakacje 🙂

Rybacka wioska El Medano, którą odwiedziliśmy zaraz po przylocie (jest oddalona 10 min autem od lotniska) aby dość szybko zjeść coś innego niż kanapka 😉

Casa Rural Montiel, w pobliżu El Amparo, 900m n.p.m. Nasze miejsce pobytu przez cały tydzień.

W drodze na pierwszą plażę Playa de Las Vistas, jest to dość turystyczna plaża, z dużym zapleczem sklepów i restauracji.

Nie daleko od plaży Playa de Las Vistas jest plaża z widokiem na Los Gigantes – Playa los Guios.

Los Gigantes zobaczyć można również z góry i od strony morza – my nie zdecydowaliśmy się na statek ze względu na dzieci – żadne nie pałało entuzjazmem na wizję podróży statkiem.

Pogoda na Teneryfie podzielona jest na dwie, bardzo widoczne strefy klimatyczne. W jednym miejscu jest 35 stopni C, jadąc w głąb lądu (gdzie są góry) temperatura zmienia się drastycznie.

Drugiego dnia odwiedziliśmy Garachico, niewielkie miasteczko znane z naturalnych, skalnych basenów. Nie mieliśmy szczęścia, wejście na baseny było zagrodzone, ale mimo wszystko miło spędziliśmy czas spacerując po mieście i jedząc pyszne ciasta w uroczej kafejce Le Patissier. Dzieciaki miały radochę a rodzice chwilę odpoczynku 😉

Moim własnym marzeniem było zobaczyć plażę Bollulo, nieco dziką, z trudnym dostępem do niej i całkowicie czarnym piaskiem, który bardziej przypominał czarny cukier puder. Nie jest to przygoda dla każdego, parking na plażę jest oddalony ok 2km od niej, a zejście to setki schodów… Mimo tego, jest to miejsce niesamowicie klimatyczne, i nawet okropna pogoda (ok 15 stopni, wiatr i deszcz) nie sprawiła, że żałowałam przyjazdu na nią.

Po dwóch dniach zimna i deszczu chcieliśmy w końcu zobaczyć słońce i choć niewielką opaleniznę 😉 pojechaliśmy więc na chyba najsłynniejszą plażę w pobliżu stolicy wyspy -Playa de Las Teresitas z Saharyjskim piaskiem. Jak było zobaczcie na zdjęciach, z mojej strony mały tip – początek plaży jest znacznie cieplejszy i mniej wietrzny niż jej koniec – to ze względu na to, że jest to plaża sztucznie wydzielona falochronem, kiedy pójdziecie w jego stronę zobaczycie że za nim jest spienione morze pełne okropnie wysokich fal generujących zimny wiatr.

Kolejnym punktem była Masca. Już sam dojazd do niej był pełen atrakcji – niesamowicie wąskie ulice, strome zbocza i zakręty… cała masa zakrętów.

Sama Masca to malutka wieś, która daje początek wąwozowi, idealnemu na piesze wycieczki, których my ze względu na temperaturę (ok 35 stopni C) i małe dzieci odpuściliśmy. Zeszliśmy na ile nam cywilizowana ścieżka pozwoliła, zjedliśmy lody i posłuchaliśmy pana, który grą na gitarze i śpiewem umilał nam dzień 😉 nasze dzieciaki uznały, że rytm melodii jest idealny do jazdy na rowerze i ku uciesze rodziców zajęły się chwilę sami 🙂

Jeśli macie starsze dzieciaki możecie przejść wąwozem, który wiedzie na ponoć piękną plażę. Nie wiem, nie widziałam 😉 

Jadąc na Teneryfę wiedziałam, że jest mocno zróżnicowana klimatycznie, pod względem fauny i flory. Bardzo chciałam zobaczyć te różne oblicza wyspy. Jednym z nich jest dość pustynny, choć w sumie bardziej klimat sawanny. Można go spotkać prawdopodobnie w wielu miejscach, my wybraliśmy latarnię morską na najbardziej wysuniętym zachodnim punkcie plaży – Punta Del Teno. Jeśli miałabym Wam krótko opisać jak tam jest to najpewniej byłoby to słowo: wietrzysto. Ale naprawdę wietrzysto, tak, że drzwi od auta wyrywa a wszystko, co się nie trzyma czegoś ciężkiego odlatuje w szybkim tempie.

Przedostatnim punktem na naszej liście “to see” był oczywiście wulkan Teide. Nie chcieliśmy wjeżdzać na sam szczyt – jest to wtedy wycieczka na cały dzień. Zostaliśmy przy wjechaniu na 2400m n.p.m, widoki były zachwycające, a w pobliżu było schronisko, gdzie, za niebotyczne pieniądze, możecie wypić słabą kawę i zjeść całkiem niezłe muffinki.

Przepięknym miejscem odkrytym przez nas na sam koniec wycieczki była Playa Abama mieszcząca się przy ośrodku wypoczynkowym Ritz-Carlton. Spędziliśmy tam prawie cały dzień i naprawdę się nie nudziliśmy – chociaż jest to malutka plaża, jest mocno osłonięta morza a idąc wzdłuż wybrzeża zobaczycie naturalne baseny pełne morskich stworzeń. Wg nas plaża nr 1 i definitywnie do odwiedzenia.

Krótki przewodnik po Londynie

Londyn to miasto niezwykłe. Jako 13-latka odwiedziłam je pierwszy raz, co prawda jedynie przejazdem, ale pamiętam, że zdążyłam zadzwonić do mamy i powiedzieć, że jest beznadziejnie i nie mam pojęcia co ludzie widzą w tym mieście 🙂

Dzisiaj wiem, że jest to miasto, za którym można bardzo mocno tęsknić, nawet, jeśli spędziło się tam zaledwie 2 dni. Tak, 2 dni 🙂 tyle czasu mieliśmy, aby je spokojnie, bez Syna zwiedzić (matki i ojcowie wiedzą, że 3 dni bez dziecka to i tak jak gwiazdka dla dorosłych).

Zacznijmy od tego, że bilety kupiliśmy już w sierpniu, na 19-20 listopada w linii WizzAir po ok 50zł za osobę. Pokój wynajęliśmy, jak zawsze, za pomocą AirBnb za 109 euro, zdecydowanie nie najtaniej, ale na  Roupell Street zaraz obok Waterloo Station, co było świetną lokalizacją. Z lotniska dotarliśmy do centrum Londynu za 15 funtów za dwie osoby.

Nie jesteśmy istotami, które podczas zwiedzania pędzą na łeb i szyję, aby odfajkować wszystkie atrakcje, zależy nam przede wszystkim, żeby poczuć klimat miejsca. Nie zwiedzamy muzeów, nie wchodzimy do galerii, nie robimy pozowanych zdjęć przed atrakcjami. To co robimy? 😉 Dużo jemy 😀 Jakkolwiek to brzmi faktycznie staramy się przed wyjazdem przygotować listę z TripAdvisor restauracji/kawiarni/pubów, które warto odwiedzić. Spacerujemy, wchodzimy w ślepe uliczki, zatrzymujemy się często żeby pooddychać danym miejscem i chwilą. Kolekcjonujemy wspomnienia. Nie spieszymy się, nawet mając jedynie 2 dni.

Tą naszą małą wycieczkę zaczęliśmy spacerem w stronę Pałacu Buckingham, nie mieliśmy pojęcia, że akurat trafiamy na zmianę warty. Było dużo niezrozumiałego dla nas zamieszania, ponad godzinę czekania, ze względu na zamknięte przejścia dla pieszych 🙂 Następnie ruszyliśmy parkiem St. James w stronę Koszar, tak, by móc swobodnie dotrzeć do Big Bena i mostu Westminster.

Jest też coś, co bardzo lubimy w dużych miastach i choćby nie wiem ile kosztowało, to zawsze się na to skusimy – metro. Mamy już na liście nowojorskie i paryskie i w sumie nie myśleliśmy, że londyńskie nas zaskoczy. Ale jednak 🙂 jest fantastyczne i ogromnie Wam polecam wykupić choćby jednorazowy bilet na nie 🙂

Z metra wysiedliśmy na Oxford St i poszliśmy w stronę Soho. Tam też zjedliśmy obiad i wypiliśmy lokalne piwo w pubie Coach&Horses. Długo spacerowaliśmy jeszcze po Soho bez większego celu, dotarliśmy na Piccadilly skąd wieczorem wzięliśmy metro do naszego pokoju na Waterloo.

Wieczorne zwiedzanie zaczęliśmy od Regent St, szliśmy bocznymi uliczkami aż wróciliśmy na Soho gdzie w Leon zjedliśmy “healthy fast food” 😉 po północy, kilku piwach i z wielkim zachwytem wróciliśmy na Waterloo, choć bardzo kusiła nas wizja dalszego imprezowania (wiadomo, rodzice…). Rankiem wyruszyliśmy zwiedzać inną część miasta.

Byliśmy świadomi, że w 2 dni nie da się zobaczyć nawet 20% tego, co byśmy chcieli, ale znaleźliśmy kompromis i drugim rejonem była okolica Bridget Jones 😀 Tak, uwielbiam te książki i nie mogłam pominąć okolicy Borough Market. Przy okazji zaliczyliśmy London Bridge 🙂

Co mogę Wam polecić? W the Breakfast Club faktycznie jest tak pysznie jak piszą, listopadowy Londyn jest cudowny, zimny, wietrzysty i mokry ale dekoracje świąteczne robią robotę 🙂 nie kupujcie pamiątek poza centrum – przepłacicie nawet do 400%. Pamiętajcie, że weekendowe metro jest zawsze trochę ograniczone, nie wszystkie linie kursują.

To właściwie tyle. Wróciliśmy zadowoleni, zmęczeni, nasiąknięci atmosferą miasta. Chcemy więcej, i już planuję po cichutku co odwiedzimy następnym razem 🙂

error: Content is protected !!